Bezrobocie jest strasznie męczące. Siedzę przy kompie od samego rana i nie jestem nawet w połowie roboty. We czwartek lecę na zakupy do pewnego włoskiego miasta, toteż muszę się ze wszystkim ogarnąć do jutra. Jeszcze dziś rano byłam przekonana, że jest poniedziałek, ale kilka osób wyprowadziło mnie z błędu. No bo jak się siedzi w domu, to jakoś kalendarz słabiej funkcjonuje.
Ilość pracy była jeszcze całkiem przyzwoita, dopóki nie zadzwonił jeden pan. Miałam do zrobienia tylko raport o handlu na kilka stron oraz dwa artykuły dla byłego pracodawcy, który niestety nie jest się w stanie beze mnie obyć. Niach niach.
No ale zadzwonił pan, który ze dwa tygodnie temu pytał, czy bym do nowego pisma nie chciała wywiadów porobić. Zgodziłam się i dziś poznałam skutki. Pan zadzwonił, żebym przesłała mu do jutra pytania wywiadowcze do... pięciu firm. Bo on mnie poumawiał i oni chcą mieć zakres tematyczny jak najszybciej. Toteż jestem nieco w czarnej dupie. A jeszcze wczoraj przyjęłam zlecenie na przyszly tydzień.
Bezrobocie naprawdę męczy.
Aktualizacja:wysłałam pytania do producenta AGD, koncernu piwowarskiego oraz dystrybutora energii. Został jeszcze przemysł zielarski oraz gigant motoryzacyjny. Czlowiek, kurwa, orkiestra.
Ja znalazłam. Lekarz mi powiedział, że mam w nosie krzywo. Że jak tego nie zoperuję, to mózg siądzie z niedotlenienia, serce stanie albo po prostu uduszę się we śnie. A w najlepszym wypadku do końca życia zapalenie gardła. Jeah.
No to posłuchałam. Poszłam do szpitala w dobrym stanie. Trochę za gruba, ale nos całkiem w pytę. A teraz leżę z katarem, którego nie da się wydmuchać oraz nosem jak po nieudanej operacji plastycznej. Hanna Bakuła stajl.
Niby opuchlizna zejdzie, z nosa wyjmą mi jakieś konstrukcje i ma być jak kiedyś, tylko na lepszym wdechu. Ale ja mam obawy, że pozostanę Gerardem Depardieu polskiego szołbiznesu.
A w sprawach pracy jeszcze - na razie fri się lansuję. Jakieś zlecenia, raporty, a nawet teksty do byłego pracodawcy, jeno pod pseudonimem. Zobaczymy, czy da się za to jeść. Obecnie moje mieszkanie potrzebuje TV, biurka i drzwi do szaf, więc szybko pozbędę się zarobionego hajsu.
Tak zakończyłam poprzedni wpis.
No i tak się jakby częściowo spełniło. Właściwie lepszej jeszcze nie znalazłam. Nie znalazłam żadnej. Ale za to straciłam tamtą. Zrobili grupowe zwolnienie, wywalili szóstkę niewinnych osób. Przycięli koszty. Zamiast mnie przyszła studentka, która pochwaliła się, że nigdy jeszcze nigdzie nie pracowała. No a przede mną nowe możliwości.
Kilka dni po prostu oddychałam. Chodziłam na spotkania, wpadałam do pracy spakować się, popatrzeć jak reszta zapieprza.
Wszyscy pracownicy pytali jak się trzymam, jak sobie radzę. Nie spodziewali się odpowiedzi, że zajebiście i że polecam. Myśleli, że coś maskuję, że żartuję. Ale kiedy kolejny dzień z rzędu oglądają moją roześmianą mordę, uznali, że chyba naprawdę jest mi dobrze.
Dziś mnie wzięło, żeby się powoli zacząć odzywać do różnych miejsc z pytaniem ile są w stanie za mnie dać. Zobaczymy jak to się zakończy.
Mam nadzieję, że to kopniak do znalezienia czegoś fantastycznego. I do odetchnięcia po niemal trzech latach wegetacji w niemiłym miejscu.
Jestem dzieckiem szczęścia. Wiadomo, często wszystko wali się na łeb, ale jak już bardzo chcę, to tak będzie. Taki rodzaj zaklinania rzeczywistości.
No bo, że kupiłam mieszkanie po cenie zdecydowanie niższej niż rynkowa i znalazłam remonciarzy, którzy zrobili remont po cenie dużo niższej niż rynkowa, to jeszcze można tłumaczyć zbiegiem okoliczności.
Że koledze znalazłam mieszkanie w centrum Warszawy po cenie odległej Pragi Południe, to też może być przypadek.
Mam od poniedziałku urlop i ze łzami w oczach dzwonię do dziesiątego biura z pytaniem czy może jednak mają jeszcze cokolwiek tam, gdzie bym chciała jechać, a oni mówią wszyscy, że wyprzedane od dwóch tygodni. No i gdy ogłaszam wszem i wobec, że nie ma wakacji, nie pojadę, nie odpocznę i ogólnie zonk, dzwoni komóra.
- Proszę pani, właśnie ktoś anulował wyjazd dla dwóch osób, tam gdzie pani chce. Jeśli natychmiast pani zapłaci i podpisze umowę, to się uda.
Wypełniłam, zapłaciłam. I jadę. Choć to było niemożliwe. Absolutnie, definitywnie nierealne.
To może pstryknę i znajdę lepszą pracę?
Wszelkie piłkarskie miestrzostwa to jedyny moment, kiedy jesteśmy z mym chopem zgodną parą. Siadamy zgodnie przed telewizorem, nikt nie zasypia, nikt nie walczy o pilota. Bo tak na co dzień, to jest sieczka typu: Włącz mi, kurwa, "Taniec z gwiazdami"! Nichuja, będę oglądał siatkówkę! I takie tam czułości. On się czasem tylko dziwi, gdy wspomnę, że należało strzelić z woleja. Bo nie powinnam znać tego szyfru.
No i se tak pooglądaliśmy, w sumie bardziej emocjonując się Holandią niż tymi naszymi.
Raz jeden za to postanowiłam iść z fumfelą do pubu i oglądać powolne dogorywanie z Austriakami w tłumie pijanych samców. Tu też miały miejsce sceny, które postanowiłam kiedyś umieścić w jakiejś książce. Takiej o rozmowach ludzi w tramwajach, na ulicach i w piłkarskich pubach czasem też.
Koło nas ustawiły się bowiem kelnerki, które były bardziej w pracy niż na meczu. No ale, że nikt pod koniec nic nie zamawiał, bo wszyscy krzyczeli i zaciskali zwieracze, panie odpoczywały spozierając na sportowe widowisko. Rozmowa była urywana, bo jedną panią od czasu do czasu tylko nachodziła jakaś refleksja.
Zaczęło się od pytania, ile ten mecz trwa. Ten konkretnie. Ale tego oczywiście kobieta wiedzieć nie musi. Ja o siatkówce nie wiem, o Kubicy nie wiem, o koszykówce nie wiem, ani nawet o piłce ręcznej. Z czasem robiło się jednak coraz ciekawiej.
Popatrz. Nasi są biało-czerwoni, conie? No to jak to jest, że na boisku są osobno biali i osobno czerwoni? To którzy są w końcu biało-czerwoni?
Potem jeszcze kilka pytań i zamknięcie dialogu kwestią:
O, chyba doliczyli już trzy minuty. Przed chwilą było 90, a teraz jest 87. Tak, na pewno doliczyli.
I wtedy był gwizdek, i ten niby-faul, i karny był.
Jeśli stres nie daje ci normalnie żyć i ciągle masz jakieś problemy, mam jedną radę. Weź młotek i rozpieprz jakąś ścianę. Cztery godziny superzabawy gwarantowane, po potem myślisz już tylko, czym zatamować krew tryskającą z dłoni i nawet przez chwilę nie wrócisz do rozkminiania sytuacji w pracy, szkole i sercu.
Lejdi-psycholożka
Taki sobie właśnie azyl znalazłam, że przez jedno pół soboty rozwalałam z kolegą piękną ceglaną ścianę, a przez drugie pół soboty zbierałam do worków półtorej tony gruzu.
Ale jaka będzie radość, gdy ten obskurny pierdolnik stanie się lokum z okładki "Czterech kątów". Na razie jednak czekam na elektryka i kilku innych ziomów, żeby móc zrobić jakąś przyzwoitą parapetówę.
Będzie wesoło, bo sąsiedzi z zaciekawieniem wychodzą przed klatkę nawet, gdy wynoszę śmieci do zsypu. No ale co mi tam. Mogę być gwiazdą podwórka. Może mnie wezmą do tańca na lodzie.