lady-of-the-rings blog

Twój nowy blog

Urwanie

5 komentarzy

Bezrobocie jest strasznie męczące. Siedzę przy kompie od samego rana i nie jestem nawet w połowie roboty. We czwartek lecę na zakupy do pewnego włoskiego miasta, toteż muszę się ze wszystkim ogarnąć do jutra. Jeszcze dziś rano byłam przekonana, że jest poniedziałek, ale kilka osób wyprowadziło mnie z błędu. No bo jak się siedzi w domu, to jakoś kalendarz słabiej funkcjonuje.

Ilość pracy była jeszcze całkiem przyzwoita, dopóki nie zadzwonił jeden pan. Miałam do zrobienia tylko raport o handlu na kilka stron oraz dwa artykuły dla byłego pracodawcy, który niestety nie jest się w stanie beze mnie obyć. Niach niach.

No ale zadzwonił pan, który ze dwa tygodnie temu pytał, czy bym do nowego pisma nie chciała wywiadów porobić. Zgodziłam się i dziś poznałam skutki. Pan zadzwonił, żebym przesłała mu do jutra pytania wywiadowcze do… pięciu firm. Bo on mnie poumawiał i oni chcą mieć zakres tematyczny jak najszybciej. Toteż jestem nieco w czarnej dupie. A jeszcze wczoraj przyjęłam zlecenie na przyszly tydzień.

Bezrobocie naprawdę męczy.

Aktualizacja:wysłałam pytania do producenta AGD, koncernu piwowarskiego oraz dystrybutora energii. Został jeszcze przemysł zielarski oraz gigant motoryzacyjny. Czlowiek, kurwa, orkiestra.

Jak człowiekowi nic nie jest, to se znajdzie.

Ja znalazłam. Lekarz mi powiedział, że mam w nosie krzywo. Że jak tego nie zoperuję, to mózg siądzie z niedotlenienia, serce stanie albo po prostu uduszę się we śnie. A w najlepszym wypadku do końca  życia zapalenie gardła. Jeah.

No to posłuchałam. Poszłam do szpitala w dobrym stanie. Trochę za gruba, ale nos całkiem w pytę. A teraz leżę z katarem, którego nie da się wydmuchać oraz nosem jak po nieudanej operacji plastycznej. Hanna Bakuła stajl.

Niby opuchlizna zejdzie, z nosa wyjmą mi jakieś konstrukcje i ma być jak kiedyś, tylko na lepszym wdechu. Ale ja mam obawy, że pozostanę Gerardem Depardieu polskiego szołbiznesu.

A w sprawach pracy jeszcze – na razie fri się lansuję. Jakieś zlecenia, raporty, a nawet teksty do byłego pracodawcy, jeno pod pseudonimem. Zobaczymy, czy da się za to jeść. Obecnie moje mieszkanie potrzebuje TV, biurka i drzwi do szaf, więc szybko pozbędę się zarobionego hajsu.

To może pstryknę i znajdę lepszą pracę?

Tak zakończyłam poprzedni wpis.
No i tak się jakby częściowo spełniło. Właściwie lepszej jeszcze nie znalazłam. Nie znalazłam żadnej. Ale za to straciłam tamtą. Zrobili grupowe zwolnienie, wywalili szóstkę niewinnych osób. Przycięli koszty. Zamiast mnie przyszła studentka, która pochwaliła się, że nigdy jeszcze nigdzie nie pracowała. No a przede mną nowe możliwości.
Kilka dni po prostu oddychałam. Chodziłam na spotkania, wpadałam do pracy spakować się, popatrzeć jak reszta zapieprza.
Wszyscy pracownicy pytali jak się trzymam, jak sobie radzę. Nie spodziewali się odpowiedzi, że zajebiście i że polecam. Myśleli, że coś maskuję, że żartuję. Ale kiedy kolejny dzień z rzędu oglądają moją roześmianą mordę, uznali, że chyba naprawdę jest mi dobrze.
Dziś mnie wzięło, żeby się powoli zacząć odzywać do różnych miejsc z pytaniem ile są w stanie za mnie dać. Zobaczymy jak to się zakończy.
Mam nadzieję, że to kopniak do znalezienia czegoś fantastycznego. I do odetchnięcia po niemal trzech latach wegetacji w niemiłym miejscu.

Jestem dzieckiem szczęścia. Wiadomo, często wszystko wali się na łeb, ale jak już bardzo chcę, to tak będzie. Taki rodzaj zaklinania rzeczywistości.
No bo, że kupiłam mieszkanie po cenie zdecydowanie niższej niż rynkowa i znalazłam remonciarzy, którzy zrobili remont  po cenie dużo niższej niż rynkowa, to jeszcze można tłumaczyć zbiegiem okoliczności.
Że koledze znalazłam mieszkanie w centrum Warszawy po cenie odległej Pragi Południe, to też może być przypadek.
Mam od poniedziałku urlop i ze łzami w oczach dzwonię do dziesiątego biura z pytaniem czy może jednak mają jeszcze cokolwiek tam, gdzie bym chciała jechać, a oni mówią wszyscy, że wyprzedane od dwóch tygodni. No i gdy ogłaszam wszem i wobec, że nie ma wakacji, nie pojadę, nie odpocznę i ogólnie zonk, dzwoni komóra.

- Proszę pani, właśnie ktoś anulował wyjazd dla dwóch osób, tam gdzie pani chce. Jeśli natychmiast pani zapłaci i podpisze umowę, to się uda.

Wypełniłam, zapłaciłam. I jadę. Choć to było niemożliwe. Absolutnie, definitywnie nierealne.
To może pstryknę i znajdę lepszą pracę?

For money

Brak komentarzy

Wszelkie piłkarskie miestrzostwa to jedyny moment, kiedy jesteśmy z mym chopem zgodną parą. Siadamy zgodnie przed telewizorem, nikt nie zasypia, nikt nie walczy o pilota. Bo tak na co dzień, to jest sieczka typu: Włącz mi, kurwa, „Taniec z gwiazdami”! Nichuja, będę oglądał siatkówkę! I takie tam czułości. On się czasem tylko dziwi, gdy wspomnę, że należało strzelić z woleja. Bo nie powinnam znać tego szyfru.
No i se tak pooglądaliśmy, w sumie bardziej emocjonując się Holandią niż tymi naszymi.
Raz jeden za to postanowiłam iść z fumfelą do pubu i oglądać powolne dogorywanie z Austriakami w tłumie pijanych samców. Tu też miały miejsce sceny, które postanowiłam kiedyś umieścić w jakiejś książce. Takiej o rozmowach ludzi w tramwajach, na ulicach i w piłkarskich pubach czasem też.
Koło nas ustawiły się bowiem kelnerki, które były bardziej w pracy niż na meczu. No ale, że nikt pod koniec nic nie zamawiał, bo wszyscy krzyczeli i zaciskali zwieracze, panie odpoczywały spozierając na sportowe widowisko. Rozmowa była urywana, bo jedną panią od czasu do czasu tylko nachodziła jakaś refleksja.
Zaczęło się od pytania, ile ten mecz trwa. Ten konkretnie. Ale tego oczywiście kobieta wiedzieć nie musi. Ja o siatkówce nie wiem, o Kubicy nie wiem, o koszykówce nie wiem, ani nawet o piłce ręcznej. Z czasem robiło się jednak coraz ciekawiej.

Popatrz. Nasi są biało-czerwoni, conie? No to jak to jest, że na boisku są osobno biali i osobno czerwoni? To którzy są w końcu biało-czerwoni?

Potem jeszcze kilka pytań i zamknięcie dialogu kwestią:

O, chyba doliczyli już trzy minuty. Przed chwilą było 90, a teraz jest 87. Tak, na pewno doliczyli.

I wtedy był gwizdek, i ten niby-faul, i karny był.

I nie dziwne, bo kto by to dłużej znosił?

Pierdziu

2 komentarzy

Jeśli stres nie daje ci normalnie żyć i ciągle masz jakieś problemy, mam jedną radę. Weź młotek i rozpieprz jakąś ścianę. Cztery godziny superzabawy gwarantowane, po potem myślisz już tylko, czym zatamować krew tryskającą z dłoni i nawet przez chwilę nie wrócisz do rozkminiania sytuacji w pracy, szkole i sercu.

Lejdi-psycholożka

Taki sobie właśnie azyl znalazłam, że przez jedno pół soboty rozwalałam z kolegą piękną ceglaną ścianę, a przez drugie pół soboty zbierałam do worków półtorej tony gruzu.
Ale jaka będzie radość, gdy ten obskurny pierdolnik stanie się lokum z okładki „Czterech kątów”. Na razie jednak czekam na elektryka i kilku innych ziomów, żeby móc zrobić jakąś przyzwoitą parapetówę.
Będzie wesoło, bo sąsiedzi z zaciekawieniem wychodzą przed klatkę nawet, gdy wynoszę śmieci do zsypu. No ale co mi tam. Mogę być gwiazdą podwórka. Może mnie wezmą do tańca na lodzie.

Ćoća Lejdi stała się ostatnimi czasy posiadaczką. M-2, a co. Wiąże się to oczywiście ze zdobywaniem zupełnie nowych sprawności. Na razie na harcerskim mundurku mogę chyba naszyć jedynie znaczek poszukiwacza okazji na internetowych aukcjach. W ramach akcji „Lejdi bez granic” zakupy wyszły już poza rodzime Allegro i ostatnimi czasy pokrowce na poduszki i obieraczki do kartofli przybywają także z ebay.co.uk. Funt tani, phi.
Gorzej na razie ze sprawami, w których doświadczenia nie nabyłam jeszcze. Nie wiem więc nadal jak załawia się umowy z gazownią, czy elektrownią. Nie mam też ekipy, która ruderę doprowadzi do stanu niczym z ikeowskiego katalogu. I w ogóle najchętniej zajęłabym się wyłącznie dobieraniem zasłonek, a brudną robotę zwaliłabym na krasnoludki i chomiki popieprzające w kołowrotku.
Przy okazji stałam się już jakimś junior analystem ds. tego za to ludzie są w stanie dać 800 zł i cieszyć się, że żyją modnie. To naprawdę niesamowita sprawa, że za plastikową miskę stosowaną w latach 90. jako abażur nad kuchennym stołem, dziś modni posiadacze własnego M płacą 1,5 tys. A znajomi przyjdą i co? Zachwycą się super dizajnem tejże czy spytają kiedy wymienisz tę prowizorkę wyciągniętą z otchłani pawlacza?
W każdym razie wiedzę ostatnio nabytą oraz obowiązkowe godziny spędzane na aukcjach wystroju wnętrz zamierzam wykorzystać także w celach biznesowych i stać się potentatem sprzedaży takich dupereli online. Niedługo sama o sobie napiszę. Że wchodzę na giełdę.
A tak na serio to mam dziwne wrażenie, że w czerwcu stan tego mieszkania nie będzie się różnił od obecnego.

Postanowiłam odmienić swe życie, czy może raczej znaleźć sobie nowe zajęcie, toteż zmieniam lokum. No bo tak po 17 latach znudził mnie mój dziewięciometrowy pokój. Wcześniej ileś tam lat mieszkałam we wnęce jednopokojowego mieszkania. Także kolejnym krokiem są własne dwa pokoje z kuchnią. A co! Teraz jeszcze tylko cyrograf z bankiem i 15 lat odejmowania sobie od ust. To i tak lepiej niż spłacanie haraczu do emerytury. Za 15 lat może jeszcze będę mogła poruszać się o własnych siłach.
Przy okazji tegoż zakupu, który zajął mi mniej więcej tyle czasu, co wybór butów na niegdysiejszą studniówkę, sprawdziłam swe zdolności negocjacyjne. Nie jest źle, chyba nie uda mi się już w życiu bardziej zbić ceny. No bo gdzie? Na bazarze?
Teraz chata wciąż nie jest jeszcze moja, bo nie trzymam pięciu zer w skarpecie, ale nie przeszkadza mi to w kupowaniu łyżek, misek, krzeseł i innych dóbr. Nie za bardzo mieszczą sie one na moich obecnych dziewięciu metrach, ale właściwie mogę przecież spać z młynkiem do pieprzu pod poduszką i kryształowym żyrandolem na kolanach. To się wszystko da zrobić, bo cała te męczarnia zakończy się trwającym wieki i kosztujacym krocie remontem. Ale potem powinno być dobrze. Chyba, że mieszkanie obok okaże się meliną, wspólnota mieszkaniowa zwieje z pieniędzmi lokatorów, a domofon pozostanie zepsuty. Ale nawet wtedy będą to własne dwa pokoje z kuchnią. Najwyżej kolejnym razem nie będę ich szukać na Allegro.

- Dzień dobry, zbieramy wypowiedzi zagranicznych prezesów o tym, jakie są ich wrażenia z polskiej Wigilii. Czy pani szef może się wypowiedzieć?
- Ale mój szef jest z Izraela.

Ogólnie to dzieje się różnie. Najbardziej mnie martwi, że moja niegdyś ‚grubsza kuzynka’ jest teraz moją ‚ladniejszą kuzynką’ i to nie dlatego, że strasznie schudła. Od pół roku sobie mówię, że rzucę pracę, zostanę magistrem, odzyskam figurę i będzie super. I tak jakoś wychodzi, że codziennie rano wstaję i myślę ‚po co mi ten masochizm’.
No ale są Święta, są kolejki, jest kolorowo i ponoć mamy wzrost płac. Jak na razie żadnej z tych rzeczy nie zauważylam wprawdzie, bo wychodzę z domu, gdy jest ciemno i wracam po zmroku, a na koncie jakoś nie chce przybywać tych premii, dodatków i podwyżek. Nie było nawet świątecznych bonów, jak zawsze zresztą, ale tym razem z powodu spadającej sprzedaży. każdy powód dobry, nie?
Z okazji tej fantastycznej świątecznej atmosfery życzę więc sobie nowej pracy, wspaniałej pensji, normowanego czasu w robocie. Wtedy już wszystko będzie dobrze. Niech się spełni.
Czego i Państwu życzę.

Nie działały na mnie nigdy spisy postanowień noworocznych, te wszystkie rozważania o chudnięciu, zmianie pracy, poważniejszym podejściu do nauki i inne bzdury, które ludziom przychodzą na sam koniec grudnia. Zauważyłam jednak, że podobny wścik ogarnia i mnie, tyle że we wrześniu. Jezu, witaj szkoło po prostu. Jednym o postanowieniach przypominają widać plastikowe choinki w supermarketach, innym przeceny zeszytów z Harrym Potterem. No i jak co roku zapisałam się na kolejne lekcje tańca. Zaczęło mi się to chyba gdzieś na początku podstawówki, gdy chciałam bardzo ćwiczyć walczyka na sali gimnastycznej, wraz z całą klasą zapewne. Po dwóch miesiącach okazało się to nie tak fajne, ale gdzieś tam niebawem pojawił się szkolny zespół taneczny, do któego też musiałam należeć. To też jakoś szybko przeszło. Mama oczywiście szczęśliwa, że po tym jak krwawicę swą na rozwój mej kultury fizycznej przeznaczyła, ja stwierdzałam krótko: nuuuda. Potem wróciłam do tych pomysłów już na studiach, za własny hajs. W tańcu nowoczesnym przeszkodziły mi godziny pracy, samba brazylijska okazała się nie być na Pradze tak porywającą jak w gorącym Rio. No to teraz kolejne podejście. Oczywiście niczym pierwszoklasistka szukam jakiegoś wypasionego stroju do tego celu. Uszyję chyba worek z żółtym trójkątem, bo taki miałam w przedszkolu. I jak co roku kupię jakiś ślyczny dres, by za kilka miechów się tym wszystkim znudzić i poczekać do września z mobilizacją.
Za to we czwartek o świcie mam pierwszy w życiu egzamin… ekhm… poprawkowy, więc w cztery dni przeczytałam pół Pozytywizmu (pewnie ileś tysięcy stron, znając ich słowną rozwiązłość), a przez najbliższe trzy muszę się obrobić z Młodą Polską. Więc lepiej poszukam dresu.


  • RSS